Jungla w Calais - reportaż Daniela Dmitriewa

Kategorie: Lifestyle Silesia24
Utworzone: wtorek, 22 grudnia 2015 Autor: Dm Źródło: Dm

Dojechałem. Wchodzę do miejsca zwanego Junglą w Calais. Nie wiem czego się spodziewać. Słysząc opnie, że nawet policja boi się tam wchodzić i widząc minę człowieka, który pomógł mi dostać się na miejsce, zacząłem się delikatnie niepokoić. W skrócie: mogą mi zabrać aparat i przegonić. Kierowca, który dowiózł mnie na miejsce, patrzył na mnie wzrokiem, który mówił, że to chyba nie jest najlepszy pomysł. I tu zaskoczenie. Ku rozczarowaniu żądnych sensacji, już na początku rozwieję wątpliwości. Mieszkańcy Jungli - zamiast zabierać - zaczęli dawać. Swój czas, swoje historie, chleb i słodką herbatę.

Cała historia dzieje się w Calais - mieście we Francji, skąd przy dobrej pogodzie widać linię brzegową ziemi obiecanej mieszkańców Jungli - Anglii. Stąd Eurotunelem lub promem można przeprawić się do krainy, w której przekonamy się, co to ruch lewostronny i dwa krany nad jedną umywalką. 400 metrów od plaży znajduje się miasteczko uchodźców, aktualnie zamieszkałe przez około 3000 osób. Spotkałem tam Irakijczyków, Irańczyków, Sudańczyków, Afgańczyków, Syryjczyków i Erytrejczyków, wszystkich łączy jeden cel - pokonać wodę i żyć w Anglii. Na ich drodze właśnie ostatnia prosta, czyli około 50 km do angielskiego Dover. Chwilowo są tu. W namiotach i domach, zbudowanych z tego, co znaleźli lub dostali od życzliwych ludzi. Pierwsze ogromne zaskoczenie, to sposób organizacji tego wielokulturowego miejsca. Jak jesteś głodny, to możesz iść do restauracji albo kupić coś w sklepie. Restauracji jest kilka, sklepów kilkanaście. Jest też salon fryzjerski, kościół, przedszkole i teatr. W restauracji pracuje kelner - syn właściciela, który poda danie z przystawką i napojem do stołu. Można wziąć u niego również na wynos. "Ulice" przypominają te znane z dużych miast. Zapełnione, głośne po prostu żyjące. Całość sprawia wrażenie zminiaturyzowanego świata, naprędce skonstruowanego z tego, co pod ręką. Brzmi mało realnie, a dzieje się naprawdę, na powierzchni o wielkości kilkunastu boisk piłkarskich.

Spotkani ludzie witają mnie uśmiechem, choć do śmiechu wcale nie było. Kolor skóry, zabłocone buty, aparat na szyi nie przeszkadzały im w zaproszeniu mnie do swego domu i poczęstowaniu tym, czym chata bogata. A chaty za bogate nie są, urządzone tak, aby mogło w nich spać jak najwięcej osób - członków rodziny, przyjaciół, rodaków. To tam właśnie słyszę o życiowych losach, czasem łamanych żartami. Zazwyczaj ucieczka uchodźcy to historia przypominająca sceny filmowe. Pakowanie owiane tajemnicą, zmrok, obawa przed schwytaniem - to wspólny mianownik wszystkich historii, które słyszę. Łączy je też nadzieja, że życie nie musi wyglądać tak, jak do tej pory, a każdy następny dzień nie będzie budził już strachu. Całe to miasto w mieście nie mogło by powstać i funkcjonować, gdyby nie pomoc wspomnianych już wcześniej ludzi dobrej woli. Głównie anglików, którzy przyjeżdżają i pomagają. Przywożą ropę do agregatów prądotwórczych, ciepłe ubrania, a nawet stare przyczepy kempingowe, do których mogą wprowadzić się całe rodziny. Aktualnie trwa "akcja zima" - naprawiane są dachy chat, budowane są nowe drewniano-plastikowe sześciany mieszkalne.
Obiad jem w afgańskiej restauracji. Lokal całkiem spory, wypełniony po brzegi. Na chwilę można zapomnieć, gdzie się przebywa. Na zewnątrz jest trudniej. Charakter miejsca definiuje pięciometrowy płot z drutem kolczastym, kamerami i patrolami policji.

Przypominając sobie wszystkie ostrzeżenia, które słyszałem wcześniej, powiedzieć mogę tylko, że znów sprawdziło się, że boimy tego, czego nie znamy. Oceniając sytuację uchodźców trzeba się zastanowić, czy sami nie chcielibyśmy uciec z takiego państwa, jak Erytrea, gdzie uskutecznia się prześladowania chrześcijan, wolność prasy sklasyfikowana jest na ostatnim - 179 miejscu na świecie, a ostatnie wybory odbyły się w 1970 roku. Zdając sobie sprawę ze swojej sytuacji w kraju, którego spokoju nie da się porównać do sytuacji we wspomnianej Erytrei, jak odpowiedzieć na pytanie młodej dziewczyny, czy Polska by ją przyjęła, czy ludzie by ją zaakceptowali i czy mogłaby u nas pracować? Jak odpowiedzieć, słysząc o ucieczce w środku nocy i trzymiesięcznej podróży. O tym, że się martwi o mamę, bo nawet nie wie, czy żyje, czy nie stało się jej coś złego w odwecie za ucieczkę wszystkich dzieci.

tekst i fotografie: Daniel Dmitriew www.danieldmitriew.com

Gorące tematy

Czytanie to nie kara, to przyjemność – Nicholas Sparks

Czytanie to nie kara, to przyjemność – Nicholas Sparks

100 milionów sprzedanych egzemplarzy dwudziestu tytułów na całym świecie. Ponad połowa powieści zekranizowanych. Czy te liczby mówią o sukcesie Nicholasa Sparksa? Dla niego więcej

TYRASPOL - MIASTO WIDMO

TYRASPOL - MIASTO WIDMO

Tyraspol zwany „miastem widmem” to stolica jednego z najbardziej tajemniczych „państw” w Europie. Samo określenie „państwo” jest pewnym nadużyciem, ponieważ żaden kraj na świecie więcej

CO MA WSPÓLNEGO DORADCA TRUMPA, MACIEJ ORŁOŚ I PREZYDENT MIASTA?

CO MA WSPÓLNEGO DORADCA TRUMPA, MACIEJ ORŁOŚ I PREZYDENT MIASTA?

Zaufany doradca Donalda Trumpa Jonny Daniels, Maciej Orłoś i kilkunastu czołowych ekspertów od wizerunku, PR-u i marketingu w Polsce. I temat przewodni: Marketing polityczny a polityka wyborów. więcej

OFF-EM O OFF-IE

OFF-EM O OFF-IE

Ten festiwal nie ma się podobać. Ma intrygować, zadawać pytania, pobudzać do dyskusji i pokazywać wszystko to, co stanowi alternatywę dla utartych ścieżek muzycznych, myślowych, mentalnych. więcej

JEŚLI UDAŁO MI SIĘ TAM, UDA MI SIĘ WSZĘDZIE

JEŚLI UDAŁO MI SIĘ TAM, UDA MI SIĘ WSZĘDZIE

Rozmowa z Rafałem Olbińskim, polskim malarzem, grafikiem, twórcą ilustracji i plakatów znanych na całym świecie. więcej